22 września, niedziela

Pasteis de nata w Krakowie

Weekend w Krakowie. Ostatnie podrygi lata. Na słońcu ciepło, w cieniu już rześko. Lunch w Karakterze, gdzie w kuchni króluje Daniel Myśliwiec. To obowiązkowy punkt programu na krakowskiej scenie kulinarnej. Udaje się dostać stolik bez rezerwacji. Wystrój nowoczesny. Czerń i drewno. W karcie króluje mięso i piąta ćwiartka. Bierzemy żebro wołowe pieczone 8 godzin na kości, z sosem własnym z dodatkiem Guinessa, z piklowaną cebulką i grzybami oraz burgera z pieczonym boczkiem, słonina, cebulą, sosem pomarańczowym z chili i cheddarem. Palce lizać. W kieliszkach różowy Austriak. Wimmer Zweigelt Rose 2018. Idealnie orzeźwiający na ostatnie dni lata. 

Rynek. Tłum turystów z całego świata. Kopyta stukają o bruk. Crepes Suzette u Słodkiego Wenztla niezmiennie od lat smakują tak samo pysznie. Naleśniki utaplane w pomarańczowym sosie na bazie Grand Marnier. Lody Waniliowe i śmietana. Rozpusta w biały dzień. 

Sobotni wieczór. Opera Krakowska. Koncert Last Night of the Proms. Bez polotu. I repertuar i soliści. Czasy świetności ma już daleko za sobą. Przykre. Zmiana miejsca z Filharmonii na Operę nie wyszła mu na dobre. Sam budynek w odcieniu burdelowej czerwieni. Bezpłciowy i nijaki. I jakaś w sumie mała ta scena jak na operę. 

I znowu Rynek. A właściwie Mały Rynek. Pub, kiedyś pełny brytyjskiego uroku, dziś co weekend przeżywa oblężenie pijanych "kawalerów" i "panien" z Wysp. Siedzimy na zewnątrz, pijemy Guinnessa i obserwujemy. Można mówić po polsku i tak nikt nie zrozumie. Łysy i niski kolega w zbyt ciasnej i kusej sukieneczce biega, skacze usilnie próbuje zwrócić na siebie uwagę. Inny nieco wyższy w stroju krowy (z wymionami, a jak!) ratuje innego przed bliskim spotkaniem z chodnikiem. Przed nami siedzi mocno straszy mężczyzna. Gdy wypije połowę piwa, wstaje i idzie do środka kupić kolejne. W tym czasie gdy go nie ma dzieją się różne rzeczy - a to ktoś prawie zabiera mu krzesło, a to siada pijany młodzieniec, chcący nieco otrzeźwieć. Gdy mężczyzna wraca krzesło jest i czeka na niego (połowa piwa też). Ludzie wchodzą, a to grupka dość skąpo ubranych kobiet, pewnie szukających zarobku, a to wkrótce-czyjś-mąż w białym welonie ze świtą za sobą, ale nie wychodzą. Tylko ściany obserwują i pewnie zapamiętują. W takiej atmosferze kiełbasa z grilla smakuje jak rarytas. 

Niedziela. Pyszna kawa w Cafe Lisboa. Do kawy pasteis de nata. Słodkie babeczki z ciasta francuskiego z budyniem i cynamonem. Potem leniwy spacer po Plantach. Dwa świeżutkie kasztany w kieszeni. Skrzypek gra znaną melodię. Czuć już powoli jesień. Lunch znowu prawie na Kazimierzu. We wspaniałej restauracji Taj Kraków. Zupa Tom Kha Khi na bazie mleka kokosowego, trawy cytrynowej, galangalu z kurczakiem, pieczarkami i kolendrą. Wołowina  woka z fasolką i tajską bazylią. Kurczak z warzywami i orzechami nerkowca. Smażone spring rollsy z warzywami. Talerze wylizane do cna. Cudowny klimat i obsługa. Mocny argument do przeprowadzki do Krakowa. 

W pociągu lektura Witka Szabłowskiego o tym co jedli dyktatorzy. Bardzo interesująca lektura. W walizce pasteis de nata dla A. oraz flaszki Jantara i Rose z Wieliczki (dzięki Szymon!) i na szybko kupione tuż przed peronem Słońce i Wiatr. 

Karakter

Karakter

Planty

Gdzie na tajskie w Krakowie
Taj Kraków

Gdzie na tajskie w Krakowie
Taj Kraków

Instagram